środa, 14 października 2009

Jesienna szaruga



"Szaro, buro i pstrokato" (a może "łaciato"?, "kudłato"? kto z Was pamięta z bajki o Pankracym i Filemonie?)...
Za oknem wichura, deszcz, na południu podobno zamiecie. Leżę więc w ciepłym łóżeczku z gorącą herbatą i wspominam ostatnie ciepłe dni. W sobotę szalałam w "ogródku" z aparatem. "Ogródek" to brzmi dumnie. Mój, to podwórze gospodarcze po dawnym warsztacie lakierniczym, na którym dziczeje trawa z pewnością pieczołowicie niestrzyżona. Pod płotem zagon z kilkoma rachitycznymi świerkami i garścią podsuszonych, jednorocznych badyli. A wśród tych badyli, bez ładu i składu, kępy ziół: melisa, mięta, tymianek. Rozrosły się bez planu. U nas zresztą wszystko rośnie bez planu lub uzgodnienia. Wyrosła też sobie dynia, miała być makaronowa (bo tylko taka miała szansę na egzystencję w kuchni) a zamiast niej pojawiło się zwykle hallowenowe dyńsko ;-)



Dobrze, że zrobiłam jej fotkę w sobotę bo w poniedziałek przez ogródek, zagon czy kto jak tam chce, przeleciał tajfun i wymiotło dyniowego straszaka, lawendę i hortensję z doniczek oraz wrzosy z grilla (to taki mój patent na recykling ;-).


Ostał mi się jeno sznur (koronkowy wprawdzie) na wiechciu wikliny. W ten sposób przykryłam szpetna rurę od gazu ciągnącą się po ścianie.




Dzwoneczek jest ostatnim z pięciu przywiezionych z polskich Tater ;-). Kiedyś, czyli z naszej podroży poślubnej odbytej w rok po ślubie bo mój mąż pół roku przed ślubem wciągnięty został do ochotniczej służby wojskowej w wieku lat 24, gdzie pełnił honorową funkcję "dziadka". Kto chłopa w wojsku miał ten wie co to oznacza. A, że odsłużył na własne życzenie bo zawalił studia to już inszość inna. W każdym razie podroż poślubna po roku była, stąd dzwoneczki. A wiklina z Nowego Tomyśla, tegoroczna, z Jarmarku przywieziona. Koronka też stamtąd. Na końcu deptaka jest pasmanteria gdzie można dostać koronki we wszystkich kolorach. Przepiękne, pastelowe, oczy biegały mi tylko we wszystkie strony i nie wiedziałam, które brać. A wzięłam i tak za dużo :-)) Uczta dla oczu koszmar dla kieszeni....

A tajfun to moja Teściowa ;-))

4 komentarze:

Ezieta pisze...

Czasem taki tajfun jest potrzebny, gorzej, gdy zabiera wszystko jak popadnie :)

Ita pisze...

He he ...tajfun mnie rozbawił ...a chociaż pożyteczny ci on?
Pozdrawiam ciepło.

emigrantka pisze...

Nie ma sprawy;ale poniewaz masz chyba wylaczane automatyczne wyswietlanie adresu mailowego bardzo prosze o adresik zebym mogla wyslac:)Pozdrawiam:)

ach1974 pisze...

Wiem, że dostałaś już to wyróźnienie, ale podoba mi się twój blog oraz to co robisz, więc nie mogłam Cię nie wyróżnić. Zapraszam do mnie.