poniedziałek, 28 lutego 2011

DZWC

"I ja tam byłam, wino i miód piłam"....;)
Jeszcze pełna pozytywnych emocji informuję wszem i wobec, że byłam uczestnikiem Dolnośląskich Zimowych Warsztatów Craftowych. Wzięłam udział w warsztatach, podpatrywałam na pokazach i spotkałam się z dziewczynami, które do tej pory znałam jedynie w sieci. Nie sposób wymienić wszystkich ale ogromnie się cieszę ze spotkania z Dorotą i Tuśką. W biegu przywitałam się z Kasią, jej biegu bo pomiędzy jednym a drugim warsztatem przebiegała przez salę jak torpeda i właściwie udało nam się tylko wyściskać. Wrażenie ze zlotu niesamowite, w jednym miejscu tyle kreatywnych osób o najróżniejszych pasjach: od scrapów, decu, filcu, przez szydełko, origami i karczochy. Wymiana doświadczeń i nauka całkiem nowych rzeczy. W osłupienie wprawił mnie Dawid, facet wszechstronnych, craftowych zainteresowań, którego "przydasie" wprawiło mnie w zachwyt. Zajrzyjcie na jego stronę i oceńcie sami:)
Niestety nie mam zdjęć ale odsyłam do galerii zdjęć Kwiatu Dolnośląskiego
Na razie muszę ochłonąć z tych emocji bo najchętniej wypłatę zamieniłabym na tusze i tym podobne.......
PS. zapomniałam napisać, że otrzymałam nagrodę w konkursie na scrap zakładkę. Dziecię fotnie mam nadzieję ;)

niedziela, 20 lutego 2011

Nowa seria wśród Trzpiotek




"Szykowna" powiedziała nasza Czeszka na widok Trzpiotki Brązowe grochy. Trzpiotka została więc w Czechach a ja pomyślałam, że obok asymetrycznej serii Joanna może warto byłoby wydzielić kolejny nurt ;) Bo tak naprawdę to przewijają się cztery: Aśki, eleganckie, filcowe i zimowe. Zimowe to te łączone z wełną, na razie pozostaną bez nazwy (a może coś podrzucicie?). Filcowe chciałam nazwać "filutki" na co dziecię zaprotestowało słowami "mama, ja chodzę do szkoły, mam skojarzenia"!!! Myślałam, myślałam, o co chodzi? Zlitował się i podpowiedział, że trzeba usunąć jedną literę. No tak, to wręcza antyreklama by była, więc też na razie pozostaną bezimienne. Za to "szykowne" brzmi fajnie ale chyba zbyt pretensjonalnie więc na razie nazwę je imieniem Czeszki czyli "Renata". Dziś więc duet żeński "szykowna" Renata i asymetryczna Joanna.

Zając skruszał



A może to jednak królik? W każdym razie doszedł w drodze powrotnej, brzegi skończyłam obrabiać jeszcze przed polską granicą :) Pisałam, że miał być podkładką pod kubek? chyba tak, o braku wyobraźni świadczy to dobitnie. W tych rozmiarach nie mam co z nim zrobić. Mógłby fajnie wyglądać na oknie ale nie mam tak wąskich, nie mam też drzwi z szybami. Na razie musi się jednak wykrochmalić. Na drugim zdjęciu moje czeskie zdobycze: ręcznie zdobione jajka i konik na biegunach. W Polsce widziałam takiego za 17 zł ten kosztował 49 koron więc nie mogłam przejść obojętnie. Muszę go teraz gdzieś wkomponować.

sobota, 19 lutego 2011

Się skończyło...



Na kolejny rok. Za parę godzin będziemy w domu. Wczoraj warunki znów były inne. W nocy dopadał śnieg, temperatura się podniosła i w konsekwencji śnieg był mokry i szybko się zmuldził. Spoglądając o świcie przez okno szybko rozkleiłam szparki oczu i podjęłam decyzję, że idę. Już, od rana chociaż wszyscy pogrążeni byli jeszcze w błogostanie. Decyzja impulsywna ale słuszna, nie lubię muld. Dzięki niej pojeździłam sobie góra-dół zarówno na czarnej jak i czerwonej w ilości, która stanowiła zaskoczenie dla pozostałych. Nie był to oczywiście żaden rekord ale wczoraj dałam z siebie najwięcej;) Dzięki wskazówkom i drobnym korektom Asi i Maćka z dnia poprzedniego jeździło mi się naprawdę dobrze. Padak na czerwonej został moim przyjacielem i mam nadzieję nadal się z nim przyjaźnić w kolejnych latach.
Dostałam też akcept na jazdę z kijami, teraz już mogę sobie wybrać co wolę. Na razie wolę bez. A z kijami to jest tak, że zaczynaliśmy jak każdy jeździć "z" (mam na myśli siebie i Kubę). Później za naszą edukację wziął się Maciej z Asią i kije poszły won, z założeniem, że najpierw należy dobrze nauczyć się jeździć. Kuba otrzymał akcept na zakończenie poprzedniego sezonu więc w tym roku pykał już z własnymi kijkami. Ja otrzymałam akcept w czwartek. Nie ukrywam, że jestem z siebie dumna. Jeździmy dziesiąty rok ale dopiero w tym jeździłam pewnie i świadomie czując krawędzie, regulując skręty, kontrolując prędkość. Nad tym ostatnim elementem muszę jeszcze popracować, przestawić sobie zapadkę w głowie i spróbować szybciej. Na razie jednak odzywa się rozsądek....No, muszę zacząć się pakować :(
W Manufakturze wstawiłam ostatnie czeskie Trzpiotki. Królik został wczoraj odkurzony i został mi jeden, ostatni rządek. Dziecię odmówiło jednak fotki ze względu na "brak warunków". Trudno, ustrzeli go w domu ...

czwartek, 17 lutego 2011

dzień kolejny, któryż to?....





Za dużo rumu w herbacie, nie mam weny do posta. Parę zdjęć z miasteczka gdzie poszliśmy na obiado-kolację i kolejne Trzpiotki. Średnio powstają cztery dziennie....

Kolejne Trzpiotki


Życie towarzyskie koncentruje się w czeskiej kuchni. W centralnym miejscu leżą półprodukty na brochy więc siłą rzeczy codziennie powstaje jakaś nowa. Obok swej nowej nazwy dostały jeszcze oznaczenie serii ;) te asymetryczne są z serii Joanna. Nie będę ukrywać, że inspiracją była właśnie Asia, która zrobiła pierwszą niesymetryczną dla siebie. Zdjęcia nie do końca idealne ale dziecięciu brakuje warunków. A w międzyczasie powstała taka z filcu. Pozostałe w Manufakturze

środa, 16 lutego 2011

Tak mógłby wyglądać Raj




Może trochę nabluźnię, ostrzegam, kto nie chce nich nie czyta :) Ale zanim zacznę to dziękuję serdecznie za wszystkie odwiedziny, komentarze, życzenia i ciepłe słowa. Dodajecie mi skrzydeł :)
Wracając do Raju. Siódma pobudka (to w ramach pokuty), kawa i szybka logistyka. Narty na ramię, buty w garść, na głowie kask i do samochodu. Kierunek Spindlerovy Mlyn. 8:15 buty na nogach, kasa, karnety i na kanapę. Dobra godzina żeby zacząć, wyratrakowane stoki, narciarze w większości śpią, na stokach pasjonaci. Trasy nowe ale zaskakująco przyjazne. Na końcowym odcinku kanapy ziąb wykręca szczękę. Panowie obok wyciągają piersiówkę, w czeskim kraju więcej Polaków niż Czechów. Jazda góra-dół do 12:00. Ostatni zjazd, parkuję dwie minuty przed czasem, mogę się wciągnąć jeszcze raz ale nogi już nie słuchają. Pakujemy się do samochodu i wracamy. Odczarowałam Spindla, już więcej nie muszę tam jechać. Wracamy do domu, gorący prysznic, gorąca zupa i spać. Śpię trzy godziny, rochlik pod ciemne piwo, narty na ramię i maszerujemy na nocną jazdę. I znów, wyratrakowany stok, góra-dół, góra-dół, gorący prysznic, zimne piwo... Czy tak nie mógłby wyglądać Raj? Kto zażywa tego sportu rozumie, kto nie miał okazji gorąco polecam. Ja zaczynałam późno, dziecię już miało chyba z siedem lat. Mogę żyć bez wyjazdu latem, bez nart nie wyobrażam sobie zimy...
A w wolnej chwili powstają kolejne brochy. Wydaje mi się, że mają swój charakter więc zasłużyły na swoją indywidualną nazwę. Przedstawiam więc Trzpiotki

wtorek, 15 lutego 2011

poniedziałek, 14 lutego 2011




Dzień trzeci to cudowne warunki do jazdy, upolowane ciemne piwo i brochy. Królik się dzierga, brakuje mu jeszcze 30 rządków ale tracę do niego serce. Telefon z pracy wytrącił mnie z równowagi, całe szczęście, że oddzwoniłam bo odczarowałam stres. Dzisiejsze masełko na stoku to poezja. Za mało na muldy a dostatecznie dużo żeby przykryć wczorajszą czerstwą powierzchnię. Marzenie...... A jutro z rana ma być jeszcze piękniej. Nogi mi wysiadają, w udach, w łydkach. Czarna zdobyta do samego dołu (to rzadkość bo zazwyczaj w dolnej części zamknięta). Jutro muszę odczarować wiadomy padak... Fotki z miasteczka.

Dzień drugi





Dzień drugi. Moje różowe spodnie bez trudu identyfikują mnie na stoku. Zielona żaba i pozostałe pędzle z zaprzyjaźnionych rodzin robią małe zamieszanie ale fajnie prezentują się w gromadzie. Dziecię przeleciało dziś obok mnie z prędkością światła i zanim rozpoznałam pomarańczową kurtkę brzydko pomyślałam sobie o tym narciarzu:) Mały chaos w tym poście ale na urlopie przecież mi wolno;) Rozczarowałam się smażonym serem, na który czekałam cały rok- guma a przecież zawsze był rewelacyjny. Ciemne piwo niedostępne- co się dzieje w tym kraju?
Warunki narciarskie ekstremalne- zamiast sypkiego zmarznięty, twardy śnieg. Moje nowiutkie narty kapitalnie dają sobie z nim radę. Pochwaliłam warunki na co usłyszałam, że 90% narciarzy na tym stoku jest przeciwnego zdania. Co tam, ja wolę takie niż puch, który po chwili powoduje muldy. Wtedy dopiero nogi dostają w kość. Gorący prysznic, herbata z rumem (na słodziku!) jest świetnie :)
A wieczorem produkcja broszek trwa....

niedziela, 13 lutego 2011

przerywnik


Konewka na zamówienie. Serwetka wybierana na odległość :), podmalowywana, efekt delikatnego postarzenia uzyskałam za pomocą farby. Miała być też obfocona z drugiej strony ale dziecię chyba zapomniało o obietnicy i poszła w świat. Mam tylko nadzieję, że się podobała....
Tak sobie siedzę w czeskiej kuchni i mam chandrę. Czy jest tu ktoś z jajem kto potrafi podjąć decyzję? JA MAM URLOP!!!!!

sobota, 12 lutego 2011

W czeskim kraju




Urlop.Dzień pierwszy. Wyczekane, wyśnione stoki. Po raz pierwszy jechaliśmy w to miejsce w sobotę (do tej pory, zawsze nietypowo, była to niedziela). Różnica odczuwalna. Dziś zmiana turnusów, wraca wielkopolskie, odpoczynek zaczyna dolnośląskie. Ciąg samochodów, w porywach 60 km/h. Dojechaliśmy spóźnieni mimo iż z domu wyjechaliśmy wcześniej niż w ubiegłym roku. I na tym dosyć narzekania. No może jeszcze tylko to, że wjazd na górę pod daczę naszych Czechów przypominał ślizg na lodowisku. Potem miła, dwujęzyczna rozmowa przy morelówce własnej roboty i słodkie lenistwo. Jest mi tak dobrze, że nawet nie znalazłam chęci na wieczorny spacer. Zdjęcie zrobiło dziecię, które nie może się nacieszyć z nowego aparatu. Czesi sami zaproponowali dostęp wi-fi co oznacza, że i tu postęp wkracza rozpędem. Rozleniwiona po gorącej kąpieli dłubię na szydełku popijając herbatkę z rumem. Jutro nie otworzę oczu przed dwunastą...

Hm...nie wiem co paskud narobił ale dostępne jest tylko jedno zdjęcie. Ale co tam, śniegu w Polsce też na kartki szukać ;)
Przyszedł i znalazł więcej....

niedziela, 6 lutego 2011

Filet z królika






Będę musiała wynająć sobie pokój. Moje zainteresowania wprowadzają wieczny chaos na 170 metrach kwadratowych naszego domu. Marzę o warsztacie z regałami, na których w karnym porządku będą stały preparaty, kartony, pudełka. Opisane tematycznie, na każdym regale inna pasja. Choć lepsze byłoby mieszkanko bo w jednym pokoju może jednak zabraknąć miejsca na to wszystko czego tykam ;) Musiałam odpocząć od decu więc zajęłam się szydełkiem i znalazłam swój pomysł na broszki. Macham tym szydełkiem bo wygodniejsze niż druty a z pewnością krótsze, choć dzierga się nieporównywalnie dłużej. Dni coraz dłuższe, poranek w autobusie spędzam już przy dziennym świetle więc zgłębiam tajemnice koronki filetowej. Na szydełku oczywiście. Ostatnio też w pociągu, wracając z mokrego Wrocławia, wyciągnęłam szydełko z moją robótką, która nota bene miała być podkładką pod kubek (he,he,he...to ten brak wyobraźni) i po chwili mojego machania chłopak siedzący na przeciwko zapytał: "przepraszam, czy pani tym szydełkiem robi tego królika?" Bo koronka filetowa pozwala osiągnąć bardzo fajne efekty bez dużego wysiłku. Tyle, że żmudna to praca. Zresztą zobaczcie sami. To zielone to dopiero zarys szczęki królika. Na trasie dom-Poznań przerabiam trzy rzędy. W drodze powrotnej null, nie wiem dlaczego kierowcy skąpią światła pasażerom autobusów. Ani poczytać, ani żadnych zajęć wymagających wzroku i uwagi. Odmóżdżam się więc grając w durne gry na komórce. I tego czasu strasznie mi szkoda. A wracają do królika ma on rozmiar w rzędach 90 na 100 więc trochę spędzi ze mną w podróży. No i zamiast pod kubek będzie musiał służyć jako serweta? Obrazek? Zobaczę...Ciekawe o ile urośnie w drodze do Warszawy bo wybieram się w tym tygodniu....