poniedziałek, 14 lutego 2011

Dzień drugi





Dzień drugi. Moje różowe spodnie bez trudu identyfikują mnie na stoku. Zielona żaba i pozostałe pędzle z zaprzyjaźnionych rodzin robią małe zamieszanie ale fajnie prezentują się w gromadzie. Dziecię przeleciało dziś obok mnie z prędkością światła i zanim rozpoznałam pomarańczową kurtkę brzydko pomyślałam sobie o tym narciarzu:) Mały chaos w tym poście ale na urlopie przecież mi wolno;) Rozczarowałam się smażonym serem, na który czekałam cały rok- guma a przecież zawsze był rewelacyjny. Ciemne piwo niedostępne- co się dzieje w tym kraju?
Warunki narciarskie ekstremalne- zamiast sypkiego zmarznięty, twardy śnieg. Moje nowiutkie narty kapitalnie dają sobie z nim radę. Pochwaliłam warunki na co usłyszałam, że 90% narciarzy na tym stoku jest przeciwnego zdania. Co tam, ja wolę takie niż puch, który po chwili powoduje muldy. Wtedy dopiero nogi dostają w kość. Gorący prysznic, herbata z rumem (na słodziku!) jest świetnie :)
A wieczorem produkcja broszek trwa....

niedziela, 13 lutego 2011

przerywnik


Konewka na zamówienie. Serwetka wybierana na odległość :), podmalowywana, efekt delikatnego postarzenia uzyskałam za pomocą farby. Miała być też obfocona z drugiej strony ale dziecię chyba zapomniało o obietnicy i poszła w świat. Mam tylko nadzieję, że się podobała....
Tak sobie siedzę w czeskiej kuchni i mam chandrę. Czy jest tu ktoś z jajem kto potrafi podjąć decyzję? JA MAM URLOP!!!!!

sobota, 12 lutego 2011

W czeskim kraju




Urlop.Dzień pierwszy. Wyczekane, wyśnione stoki. Po raz pierwszy jechaliśmy w to miejsce w sobotę (do tej pory, zawsze nietypowo, była to niedziela). Różnica odczuwalna. Dziś zmiana turnusów, wraca wielkopolskie, odpoczynek zaczyna dolnośląskie. Ciąg samochodów, w porywach 60 km/h. Dojechaliśmy spóźnieni mimo iż z domu wyjechaliśmy wcześniej niż w ubiegłym roku. I na tym dosyć narzekania. No może jeszcze tylko to, że wjazd na górę pod daczę naszych Czechów przypominał ślizg na lodowisku. Potem miła, dwujęzyczna rozmowa przy morelówce własnej roboty i słodkie lenistwo. Jest mi tak dobrze, że nawet nie znalazłam chęci na wieczorny spacer. Zdjęcie zrobiło dziecię, które nie może się nacieszyć z nowego aparatu. Czesi sami zaproponowali dostęp wi-fi co oznacza, że i tu postęp wkracza rozpędem. Rozleniwiona po gorącej kąpieli dłubię na szydełku popijając herbatkę z rumem. Jutro nie otworzę oczu przed dwunastą...

Hm...nie wiem co paskud narobił ale dostępne jest tylko jedno zdjęcie. Ale co tam, śniegu w Polsce też na kartki szukać ;)
Przyszedł i znalazł więcej....

niedziela, 6 lutego 2011

Filet z królika






Będę musiała wynająć sobie pokój. Moje zainteresowania wprowadzają wieczny chaos na 170 metrach kwadratowych naszego domu. Marzę o warsztacie z regałami, na których w karnym porządku będą stały preparaty, kartony, pudełka. Opisane tematycznie, na każdym regale inna pasja. Choć lepsze byłoby mieszkanko bo w jednym pokoju może jednak zabraknąć miejsca na to wszystko czego tykam ;) Musiałam odpocząć od decu więc zajęłam się szydełkiem i znalazłam swój pomysł na broszki. Macham tym szydełkiem bo wygodniejsze niż druty a z pewnością krótsze, choć dzierga się nieporównywalnie dłużej. Dni coraz dłuższe, poranek w autobusie spędzam już przy dziennym świetle więc zgłębiam tajemnice koronki filetowej. Na szydełku oczywiście. Ostatnio też w pociągu, wracając z mokrego Wrocławia, wyciągnęłam szydełko z moją robótką, która nota bene miała być podkładką pod kubek (he,he,he...to ten brak wyobraźni) i po chwili mojego machania chłopak siedzący na przeciwko zapytał: "przepraszam, czy pani tym szydełkiem robi tego królika?" Bo koronka filetowa pozwala osiągnąć bardzo fajne efekty bez dużego wysiłku. Tyle, że żmudna to praca. Zresztą zobaczcie sami. To zielone to dopiero zarys szczęki królika. Na trasie dom-Poznań przerabiam trzy rzędy. W drodze powrotnej null, nie wiem dlaczego kierowcy skąpią światła pasażerom autobusów. Ani poczytać, ani żadnych zajęć wymagających wzroku i uwagi. Odmóżdżam się więc grając w durne gry na komórce. I tego czasu strasznie mi szkoda. A wracają do królika ma on rozmiar w rzędach 90 na 100 więc trochę spędzi ze mną w podróży. No i zamiast pod kubek będzie musiał służyć jako serweta? Obrazek? Zobaczę...Ciekawe o ile urośnie w drodze do Warszawy bo wybieram się w tym tygodniu....

niedziela, 30 stycznia 2011

Każda okazja jest dobra...








Każda okazja jest dobra żeby zafundować sobie nowy ciuch :) A nowy ciuch wymaga odpowiednich dodatków więc jest okazja żeby uzupełnić biżuterię. Trzeba trafić więc na odpowiedni popyt, rynek odbiorców, właściwie dostosować towar (asortyment, w tym zapewnić odpowiednią jakość) i oczywiście cenę. Znajome prawdy? O prawach popytu i podaży uczono mnie na studiach. Tyle co wyżej z tego zapamiętałam ale sprawdzają się idealnie w życiu.
Stanowczo biżuteria jest tym z czym najłatwiej się sprzedającemu rozstać. A jeżeli dodatkowo jest oryginalna to może "wywołać poruszenie w pokoju nauczycielskim" jak powiadomiło mnie dziecię. Jest świetny jeżeli chodzi o bezpośrednią dystrybucję.... Na fotkach moje weekendowe zajmowanie rąk. Muszę jeszcze zgłębić tajemnice t-shirt'owych naszyjników i zrodził mi się dziś pomysł na kolczyki dziergane na szydełku. Jeżeli uda mi się mglistą wizję przełożyć na produkt to nieomieszkam się pochwalić :)

piątek, 7 stycznia 2011

Znacie to?




Są różne, różnych firm i z różną zawartością. I żadne z nich nie darzą mnie sympatią. Ostrzegam, będzie dłuuuugi post.
Katowice, powrót z dziecięciem z Tyskiego Festiwalu im.Ryśka Riedla. Powrót specyficzny bo byliśmy praktycznie bez grosza. I nie dlatego, że mamuśka roztrwoniła na piwo, dragi czy płyty...Jechaliśmy na Festiwal transportem zorganizowanym czyli samochodem mojego brata. Nocleg pod namiotem, tłumy ludzi więc z wrodzonej ostrożności zabrałam jakieś 150 zł żywej gotówki (właśnie na to piwo i grilla ;), dowód osobisty (meldunek) zostawiając w domu wszystkie karty dające dodatkowy dostęp do gotówki. Kilkadziesiąt kilometrów przed Katowicami samochód padł. Samochód służbowy więc konieczny był salon, warsztat serwisowy. Odholowano nas więc do Opola, oddalając od Katowic o kolejne kilometry i okazało się, że niestety samochód pozostanie u mechanika (tak na marginesie jego naprawa trwała przeszło dwa miesiące bo sprowadzano z Francji części!). Plany mieliśmy sprecyzowane, bilety wstępu wykupione wcześniej, powrót do domu nie był nam na rękę postanowiliśmy kontynuować podróż pociągiem. W Opolu obok biletów docelowych kupiłam też od razu bilety powrotne dla siebie i dziecięcia i zostało mi w portfelu 10 zł. Dwa dni można przeżyć, ale nie jak się okazało na terenie Festiwalu (hot-dog 6 zł, piwo 8 zł itd). Dodam, że nie braliśmy ze sobą prowiantu bo mając samochód można było podjechać do marketu i zrobić jakieś zakupy, teraz jak się okazało ten tok myślenia obrócił się przeciwko nam. Starczyło na bochenek chleba w sklepie i jedną kiełbasę z grilla. Na wodę do picia pożyczyłam parę groszy od brata i z majątkiem w kwocie 5 zł dotrwaliśmy do końca. W drodze powrotnej przesiadka w Katowicach i tu przechodzę do sedna. W holu stał automat z kawą. Spragniona napoju bez którego nie potrafię funkcjonować wrzuciłam bezcenna 5 złotówkę do maszyny i ...figa. Ani kawy, ani kasy, ani słowa wyjaśnienia. Nie kopię automatów więc po bezskutecznym naciśnięciu kilku przycisków zadzwoniłam pod umieszczony na automacie numer. Pan, który odebrał wysłuchał mnie ze zrozumieniem i zaproponował (poniedziałek był) odbiór zatrzymanej piątki w środę w informacji. Wyjaśniłam Panu, że w środę to ja będę kilkaset kilometrów od Katowic i w najbliższym czasie nie planuję powrotu. A nie podaruję bo to cała moja kasa. Pan pomyślał, pomyślał i obiecał, że podeśle serwisanta, sensownie upewniając się o której mam pociąg. Serwisant zdążył, swoje 5 zł odzyskałam ale od tej pory znamy z dziecięciem wartość nawet 1 grosza.
Ale to nie koniec. kto nie ma już siły sygnalizuję, że będzie i część trzecia:)
Pierwszy dzień Festiwalu Sztuki, o którym pisałam w grudniu. My bez doświadczenia a więc i bez prowiantu, kawa w kawiarence złotych 5 a tu jeszcze nic nie zarobiliśmy. W automacie 2,50 więc naturalne, że automat miał stać się podstawowym źródeł napoju. Wrzuciłam odliczoną gotówkę a maszyna ...figa, komunikat "dostępny tylko snack" czy coś w tym guście. Nie potrzebuję snacka (batonik), na diecie jestem więc duszę te przyciski, szukam a ona jak zepsuta płyta "dostępny tylko snack". Ne chcę snacka, nie dajesz kawy to oddaj pieniądze pójdę do kawiarenki. Figa, nie ma takiej funkcji. Dzwonię więc pod numer umieszczony na maszynie a sympatyczny pan mówi mi to co już i tak wiem: nie ma kawy (skończyła się woda) dostępny tylko snack, automat nie zwraca pieniędzy. Granda! Stanęło na tym, że wezmę jakiś batonik a pan przyjedzie za godzinę do mnie z kawą i się wymienimy. Przyjechał, przywiózł pyszną kawę i w ramach rekompensaty zostawił mi też tego snacka :) Pewnie niektórzy zapytają czemu nie machnąć ręką, to tylko parę złotych, ale z drugiej strony nikt nam przecież pieniędzy nie daje w prezencie, zapracowaliśmy na nie czasami ciężko więc dlaczego podarować bez powodu. To wolę je wrzucić do jakiejś puszki z aukcją charytatywną albo do kapelusza ulicznego grajka. Wtedy to ja decyduję co robię z pieniędzmi a nie maszyna.
Ale dość refleksji. Jeszcze jeden dowód na to, że te maszyny mnie nie lubią. Nie, dwa, bo właśnie przypomniałam sobie jak wrzuciłam gotówkę do automatu z kawą i automat uczciwi mi ją wydał, tyle, że bez kubeczka. Nie zdążyłam wcisnąć dzioba pod kranik ;)
I przykład z ostatnich dni. Pracuję w wieżowcu, w którym piętro wyżej wstawiono automat, tym razem z zimnymi napojami. Dieta pozwala mi na colę ale light, po którą udałam się któregoś dnia wewnętrzną klatką schodową. Bez telefonu (co istotne). Wchodzę, przykładam kartę do czytnika, pik, kolor bez zmian, drzwi zawarte i ani drgną. Na moją kartę mam dostęp do wszystkich pięter więc najpierw ogarnęło mnie zdziwienie a potem bezsensowny strach: jeżeli to wina mojej karty to zostanę na tej klatce i nikt nie będzie o tym wiedział do 16! Panika, bez sensu, bo przecież na parterze można bez karty przejść do recepcji czy w najgorszym wypadku wyjść przez parking. Na razie schodzę piętro niżej, przykładam kartę, pik, drzwi się otworzyły, uff. Widocznie coś nie tak było z tym czytnikiem. Nie wyciągając więc żadnych wniosków, znów bez telefonu, udałam się po colę klatką zewnętrzną. Pik, drzwi znów pokazują mi figę. Adrenalina mi się podniosła, wróciłam do siebie, drzwi zadziałały, wjechałam piętro wyżej windą. A tam znów ta sama historia: drzwi od strony automatu- nic a od drugiej strony uprzejma dziewczyna wyjaśniła, że na ich piętro od teraz mogą tylko ci co na nim pracują. Ale po colę pozwoliła przejść. Obchodzą więc piętro dookoła, podchodzę do automatu a tam w miejscu coli light czarna dziura, jedyny napój jakiego zabrakło! Maszyna po raz kolejny udowodniła mi, że należy brać na poważnie takie filmy jak Matrix czy Terminator ;)

sobota, 1 stycznia 2011

Wylenić się w Nowy Rok











Mój sposób na Noworoczne lenistwo: Opanowałam skomplikowaną sztukę dziergania szydełkowych kwiatków. Włóczkę nabyłam tylko w dwóch kolorach bo nie byłam pewna efektu. Zielonej już nie stało bo małżonek robi sobie szal. Kolor ładny więc się nie dziwię ;) Mogę pomodzić jeszcze z kremowej. I pewnie będę bo mam już pomysł na broszki.
Kolczyki wymodziłam z kwarcu wiśniowego, nocy Kairu i ametystów. A trzecia para z filcowanej kulki z domieszką kwarcu i pereł hodowlanych.
No i dorobiłam się w końcu bombek, wprawdzie płaskich ale są. Trochę w czasie się przesunęły ale na przyszłą Gwiazdkę jak znalazł. Bombki są trzy, ta z dziewczynką z profilu z obu stron jest taka sama. Co jeszcze zmodziłam (a pracowity by ten przełom roku) polecam na Manufakturze. Zapraszam :)
Aha, zafundowałam sobie prezenter na biżuterię. Na razie tylko zagruntowany ale powstała nagła potrzeba wykorzystania więc proszę o wyrozumiałość :)

czwartek, 30 grudnia 2010

Bajki w tonacji blusowej



"Smutny" Pinokio i "żołnierzyki". Nie jest to szczyt moich możliwości, z pewnością można było się jeszcze pobawić szablonami ale nie starczyło czasu, bo dzień wcześniej klientka wykazała zmartwienie, że gotowe są tylko podkładki. A obrazki były tylko zagruntowane, w tempie odrzutowca więc wzięłam się do pracy: przykleiłam serwetkę, domalowałam tło !, pomalowałam ramki, użyłam szablonu, polakierowałam, pociągnęłam werniksem szklącym, wszystko w jeden wieczór !. Suszarka była gorąca. Efekt: "żołnierzyki, odpada", "ten Pinokio, taki smutny".... Mam dziś rozmemłany nastrój.....

wtorek, 28 grudnia 2010

Alergia na róż



Jeżeli bardzo chcieć to podkładki są różowe ;). Oliwka w moim ulubionym odcieniu, werniks szklący dla zabezpieczenia przed odparzeniem i porysowaniem. Kolory bardziej intensywne niż na zdjęciu (bliższe pojedynczej niż tym czterem). Delikatnie rustykalny styl, dla mnie super. No ale róż ;)
Dostępne w Manufakturze

sobota, 25 grudnia 2010

Święta i brochy


Jestem. Ostatnio poza blogowym światem, zaabsorbowana rzeczywistością nawet nie miałam czasu by do Was zaglądać. Zacznę więc od życzeń. Powinnam wczoraj ale wiem, że wybaczycie. Życzę Wam wszystkim zdrowych i pogodnych Świąt, spędzonych w gronie bliskich i przyjaciół. Ciepła, zrozumienia, wzajemnej życzliwości i uśmiechów. A na Nowy Rok wszelkiej pomyślności i spełnienia marzeń :)
Po Festiwalu wpadłam w przysłowiowy kierat. Udało mi się zdobyć poszukiwaną serwetkę, dzięki temu zrealizowałam zamówienie, zrobiłam również pozostałe z Festiwalu z czego się bardzo cieszę bo muszę to postawić po stronie plusów z wystawienia, Się ;)
Zrobiłam porządek w galeriach, z którymi współpracuję, nie będzie więc ryzyka, że ktoś kupi coś podwójnie. Zrealizowałam połowę (na szczęście) dużego zamówienia, które w całości zostało odrzucone bo : za smutne, za różowe itp. Pod to zamówienie zakupiłam serwetki z bajkami ale: "żołnierzyki ("Dziadek do orzechów") odpadają", Pinokio "mógłby być ale on taki smutny". "Każdy kolor tylko nie niebieski" ale "mam alergię na różowy" itp, itd. Szkoda, że przy zamówieniu zabrakło precyzji :(, również po mojej stronie. A jeszcze starałam się zamknąć to zamówienie przed Świętami co zaskutkowało tym, że wczoraj stał pod choinką prezent, który wymaga jeszcze kilku warstw lakieru. Ale "nic to". Ponarzekałam a to przecież nie czas na to. W ramach przełamywania stresu wymodziłam broszki. Organza przeleżała w szafie kilka miesięcy bo wciąż brakowało mi na nią czasu. Teraz uskuteczniłam hurt :) Marzę o turkusowej (!) ale nie trafiłam na organzę w tym odcieniu. Muszę ruszyć na skuteczniejsze poszukiwania. Dotychczasowe broszki dostępne w Manufakturze. Ale Chaos mi dziś wyszedł...... Groch z kapustą, jak to w Święta ;)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Poszukuję pilnie


Może ktoś z Was ma taką serwetkę? Pilnie i gorąco poszukuję. Koniecznie w zielonym. Dziecięcia w zamian nie oddam ale odwdzięczę się ze szczerego serca :) Na serwetce jest scenka rodzajowa, pod drzewem para ludzka mam wrażenie, że z arystokracji dlatego pasuje mi na XVII wiek ale równie dobrze może być to para pasterska. Nie zweryfikuję, bo drugiej części już nie mam. Pls, pls, pls!!!!!!!
Chciałabym podzielić się z Wami wrażeniami z Festiwalu ale nie wiem czy dam radę przekazać wszystkie. Jakkolwiek oceniać: doświadczenie bezcenne, jak w reklamie ;). Duże nadzieje i huśtawka nastrojów. Myślę, że wiemy z Alą co było trafione (bombki) a co okazało się pomyłką (pudełka). Wiemy, że pewne rzeczy należało inaczej wyeksponować a z niektórych zrezygnować. Byłyśmy przygotowane jak amatorki- wizytówki drukowane w ostatniej chwili, brak logo, brak opakowań, zbędna szafa ograniczająca przestrzeń itd. Brak kawy i wyżywienia, zwłaszcza w pierwszym dniu bo ceny gastronomi powalały z nóg. Gdyby tak podliczyć wszystkie wydatki, z kawą dnia pierwszego, zupką i parówką w dniach kolejnych, kasą wydaną na cudowne ćwieki, stempelki, koraliki, ceramiczną broszkę, warsztaty ceramiczne, surówki na zamówione przedmioty itd. to bilans wychodzi ujemny. O towarze nie wspomnę. Ale miejsce na Festiwalu się zwróciło, adrenalina buzowała na maksa a towarzystwo Pani Marii (Apandana, wzięłam, prześlę Ci mailem jutro :), Pana Marka (dziękuję raz jeszcze) i dziewczyn z przeciwka (Doroty z Mamą, Kasi i Moniki) było przesympatyczne. No i Dziecię spędziło ze mną trzy pełne dni, jak rzadko :)
Nawiązane, zebrane kontakty- bezcenne. Doświadczenie z odczynianiem złych mocy solą- bezcenne. No i sam udział w tym wydarzeniu- dla mnie niezapomniane. Na tą chwilę w przyszłym roku znów tam się wystawimy :)

piątek, 3 grudnia 2010

Dzień pierwszy...












Oczywiście tylko końcowe zdjęcia związane są z naszym stoiskiem. Te piękne frywolitki na pierwszych powaliły mnie na kolana, są cudne!!! I na stoisku obok więc mój kompleks się wciąż pogłębia :(

Zima i efekty wymianek






Warunki pogodowe jak każdy widzi. Wczoraj dziecię zaczęło odgarniać śnieg na podwórzu pół godziny przed szkołą skończyło po pierwszej lekcji. Odśnieżał bo do szkoły chciał pojechać a właściwie jego matka wyjechać chciała z garażu ;) Skończyło się tym, że zmachany i zmarznięty wlazł do wanny wygrzewać świeżo postarzałe, szesnastoletnie kości. Postarzałe bo dzień wcześniej miał urodziny:) Ale dzięki temu obejmuje go już kodeks pracy dla młodocianych i łopatą machać może. Ja zaś wcisnęłam swoje cielsko w ukochane różowe spodnie narciarskie i pojechałam na spotkanie służbowe. Sześćdziesiąt kilka kilometrów, jadąc drogami wojewódzkimi zrobiłam w dwie i pół godziny!!! Jadąc z prędkością żółwia, ściskając w ręku kurczowo kierownicę powtarzałam sobie "byłaś w Czechach, dasz radę". To fakt, byłam w Czechach, dwa lata temu zapakowałam samotnie dziecię, wiekiem zaawansowanych członków dalszej rodziny i pojechałam na narty, bo Piotr nie mógł. I jeździłam po górach, czeskich uroczych miasteczkach ale w porównaniu do tego wczorajszy rajd po polskich drogach to survival. Świetne ćwiczenie by podnieść poziom adrenaliny. Zawsze podziwiałam Czechów za umiejętność utrzymywania dróg zimą. Bez przejść granicznych, znaków drogowych wiem kiedy wjeżdżamy na ich teren.
Wracałam więc (wczoraj) kawałek autostradą, zadziwiające, o zimie tam nikt nie słyszał ;) Za to podniesienie poziomu bezpieczeństwa jazdy odczułam w portfelu- załapałam się na bramki.

Zrobiłam wczoraj zdjęcie dziecku w trakcie ciężkich prac fizycznych ale jeszcze ich nie wczytał dlatego dziś fotki, patrząc od góry: 1) przygotowanej przeze mnie paczki w ramach wymianki aniołkowej u Agnieszki MD, 2) to co na razie wymodziłam ze słodkości otrzymanych w ramach wymianki u Basi w Minął dzień, 3) co w ramach tej wymianki do modzenia dostałam, 4) co ja dostałam w ramch wspomnianej wymianki u Agnieszki MD 5) i mój kreatywny warsztat pracy :)